Kompozytorzy późnego romantyzmu - Wagner, Strauss i Mahler tworzyli dzieła gigantyczne, wzniosłe i przytłaczające. Pełne wykonanie wagnerowskiej tetralogii Pierścień Nibelunga trwa 18-20 godzin, a skład orkiestry malehrowskiej dochodził do 160 instrumentów. Ogromny ładunek emocjonalny, gęsta faktura, skomplikowana instrumentacja z jednej strony, wielki ładunek literacki (baśnie, mity) i wręcz apokaliptyczny wymiar składały się na muzykę, która przekraczała możliwości percepcji przeciętnego słuchacza. Muzyka przestała być wyrazem duszy, stając się - nawet wbrew woli kompozytorów - ciężkim wykładem.
Poza tym muzyka romantyczna była muzyką niemiecką. Trzeba pamiętać, że Wagner był w Niemczech uosobieniem germańskiego ducha, jego muzyka przesycona była germańską mitologią, w 1870 r. pod Sedanem pruska armia upokorzyła Francję biorąc do niewoli Napoleona III i 100.000 pruskich żołnierzy, a kilka miesięcy później zjednoczone Niemcy stały się cesarstwem. Paryż, który chciał być przynajmniej stolicą światowej sztuki potrzebował nowej, najlepiej własnej muzyki.
Reakcją na późnoromantyczny, ciężki monumentalizm był francuski impresjonizm. Zanim jednak Claude Debussy stał się symbolem nowej muzyki, pojawiła się dziwna postać - Erik Satie.
Zdarzają się artyści, którzy nie pozostawiają po sobie zwalających z nóg, epokowych dzieł, których się trochę lekceważy, ale po latach okazuje się, że nie tyle ich twórczość, ale ich osobowość wpłynęła decydującą na rozwój innych artystów, którzy stali się gigantami. Taką postacią był Erik Satie - większość melomanów kojarzy go z urokliwą Gymnopedie nr 1 (i niewiele więcej), a fachowcy, nawet oficjalnie doceniając, prywatnie trochę lekceważą, bo twórczość Satiego aż do tego prowokuje. I słusznie i niesłusznie.
Jako 21-letni muzyk stworzył serię słynnych miniatur fortepianowych Gymnopedie (1887), swoją symbolistyczną mgiełką ale i lekkością formy świadczące o tym, że był pierwszym kompozytorem wyzwolonym spod wpływu wagneryzmu.
W 1891 r. Satie poznał Claude'a Debussy'ego, który pod wpływem olśnienia muzyką orientalną poznaną podczas światowej wystawy w Paryżu w 1889 r. odchodził od wagneryzmu poszukując nowego stylu. Satie gorąco przekonywał Debussyego, że wangeryzm jest całkowicie obcy duchowi sztuki francuskiej i namawiał go do szukania inspiracji we francuskim malarskie Moneta (impresjonizm) i Puvis de Chavannes'a (symbolizm). Trudno dzisiaj ustalić, jaki był udział Satiego w artystycznej ewolucji Debussy'ego, ale był on niewątpliwy, jeśli wziąć pod uwagę, że wkrótce powstały takie dzieła, jak Preludium do Popołudnia fauna (1892-93), Pelléas et Mélisande (1895), czy Chansons de Bilitis (1898) napisane do symbolistycznych tekstów Pierre'a Louys.
W 1893 r. Satie przeżywa namiętny romans z malarką i modelką impresjonistów Susanne Valadon, tworzy Tańce gotyckie, po jej odejściu zakłada Metropolitalny Kościół Sztuki Jezusa Przewodnika (jest jego jedynym członkiem) i komponuje Mszę biedaków. W tym czasie tworzy również odkrytą dopiero po jego śmierci kompozycję Vexations, która jest pierwszym przykładem muzyki atonalnej i repetatywnej a tym samym matką awangardy XX wieku i prababką dzisiejszego techno.
W następnych latach Satie komponował utwory zdecydowanie upraszczając formę przez odrzucenie zasady przetwarzania tematu. Artysta uważał (co świadczy o jego inteligencji i złośliwości wobec późnych romantyków), że kompozytor powinien zabierać publiczności tylko tyle czasu, ile jest absolutnie konieczne. Właśnie z tego powodu jego utwory są bardzo krótkie i sprawiają wrażenie prostych. W Pułapce Meduzy z 1913 r. tworzy absurdalną kpinę z konwencji romantycznej.
W 1916 r. Satie napisał we współpracy z Jeanem Cocteau balet Parady, które w 1917 r. wystawił Sergiusz Dialilew w kostiumach Pabla Picasso i choreografii Leonida Miasina. Przyjęte w atmosferze skandalu dzieło wyrobiło jednak kompozytorowi pozycję proroka nowej muzyki francuskiej. W tym okresie wokół Satiego powstała grupa kompozytorów ( Georges Auric, Louis Durey, Arthur HoneggerGermaine Tailleferre), do której wkrótce dołączyli Francis Poulenc i Darius Milhaud. Był to początek słynnej grupy Les Six, a którą zresztą Satie dość szybko się rozstał. Przyczyna była prawdopodobnie ta sama, dla której dzisiaj Satiego uważa się za autora jednej lekkostrawnej melodii. Tymczasem proponowane przez niego uproszczenie formy wcale nie miało oznaczać banalizowania sztuki, a próbką jego muzycznej filozofii był pochodzący z tego samego okresu Sokrates (1918).
W następnych latach Satie nawiązał współpracę z kręgiem dadaistów, co zaowocowało stworzeniem w 1924 r. wraz z Francisem Picabią zupełnie nie-dadaistycznego baletu Relache.
W tym samym roku kompozytor zanotował: "życie stało się tak nieznośne, że postanowiłem jego resztę spędzić w wieży. Z kości słoniowej lub jakiegoś innego materiału". Rok później zapił się na śmierć.
Erikowi Satiemu nie warto byłoby poświęcać czasu ze względu na jego muzykę, ale warto o nim pamiętać ze względu na wpływ, jaki jego koncepcja muzyki prostej, nadającej się do słuchania, towarzyszącej codziennemu życiu wywarła na całe pokolenia kompozytorów XX wieku. Jego nieszczęściem było to, że ze wszystkich cech, jakie jego muzyka ma, przejęto tę, której ona nie ma - banalność.
Podczas paryskiej wystawy światowej W 1889 r. Claude Debussy po raz pierwszy zetknął się z muzyką dalekiego wchodu i jawajskich zespołów gamelan. Było to olśnienie. M.in. pod wpływem tego doświadczenia zaczął eksperymentować z muzyką opartą na innej zasadzie. Tworzył utwory, w których w tle statycznych melodii, przewijała się bogata faktura harmoniczna, nie służąca jednak organizacji całości, ale tworzeniu barwnych plam dźwiękowych. Stosowanie skali pełnotonowej, odejście od tonalności, polirytmia dawały w sumie efekt dźwiękowej mgły, której pojawiały się i znikały kolejne dźwiękowe "duchy". Pomysły wypróbowywane w nokturnach zrealizowane zostały w pełni w najsłynniejszym dziele Debussyego, Preludium do Popołudnia fauna. Muzyka opisuje namiętności i sny bożka Pana. Statyczna melodia powraca przez cały utwór, jest to całkowite odejście od tradycyjnej metody logicznego rozwijania tematu. Popołudnie fauna spotkało się z mieszanym przyjęciem, wprawdzie chwalono wyjątkową urodę dźwiękową tej muzyki, ale odmawiano jej jakiejkolwiek wartości kompozycyjnej. Nie mieściła się po prostu w tradycyjnym rozumieniu konstrukcji utworu.
W 1910 r. Debussy poznał Strawińskiego, a w 1912 r. spotkali się ponownie, aby na cztery ręce zagrać Święto Wiosny Strawińskiego. Debussy cenił Strawińskiego za "poszerzenie pojęcia muzyki" i uważał go za swojego muzycznego następcę. Z kolei Strawiński poświęcił zmarłemu w 1918 r. Debussyemu swoją ukończoną wkrótce Symfonię wiatru.
Ponieważ muzykę impresjonistyczną cechuje wyjątkowa, chociaż trudna do zdefiniowania uroda (ulegają jej chyba wszyscy słuchacze niezależnie od muzycznego przygotowania) i wręcz narkotyczny klimat, łatwo przeocza się jej absolutną awangardowość. Tymczasem w muzyce tej, na długo przed dokonaniami XX-wiecznej awangardy, nie tyle zakwestionowane, co pominięte zostały właściwe wszystkie zasady, jakie wypracowała zachodnia muzyka od średniowiecza do romantyzmu. Przede wszystkim zrezygnowała z tradycyjnego, europejskiego nawyku konstrukcyjnego zmuszającego do nadania materii dźwiękowej jakiegoś wyraźnie czytelnego ładu. Muzyka ta trwa zawieszona w czasie i bardziej odpowiada filozofii wschodu niż europejskiej, racjonalnej umysłowości.
Z powodu swej urody muzyka Debussyego szybko znalazła wielu naśladowców (podobnie łatwo na całym świecie upowszechniła się maniera Moneta) i równie szybko zarzucono jej powierzchowność i płytkość. Prawdą jest, że w zewnętrznej, ujmującej warstwie nie była w stanie wyrazić niepokojów epoki i stanowiła raczej psychodeliczną ucieczkę od brutalnej rzeczywistości.
Wybitnymi przedstawicielami impresjonizmu byli (nauczyciel Ravela) Gabriela Faure, Maurice Ravel, w Hiszpanii Manuel de Falla, oraz Polak Karol Szymanowski, chociaż jego głęboko tragiczną muzykę nie do końca można zaliczyć do impresjonizmu.
CLAUDE DEBUSSY
1862-1918
Arturo Michelangeli
Reflets dans l'eau
L'après-midi d'un faune cz. I
London Symphony Orchestra / Stokowski
L'après-midi d'un faune cz. II
London Symphony Orchestra / Stokowski
GABRIEL FAURÉ
1845-1924
Faure: Requiem (In Paradisum)
Kings College Choir
Pavane op. 50 Gabriel Fauré
Sian Fenn - Flute /
Craig Lake - Guitar
Une Chatelaine en sa Tour op. 110
Isabelle Moretti
MAURICE RAVEL
1875-1937
Pavane pour une Infante Defunte
Światosław Richter
String Quartet in F - Allegro moderato
Hagen Quartet
Tzigane Isaac Stern
MANUEL DE FALLA
1876-1946
El amor brujo" (Danza ritual del fuego
Chicago Symphony Orchestra /Barenboim
La vida breve. Danza española nº 1
Kastaniety: Lucero Tena
Noches en los Jardines de España
Silvia Navarrete
KAROL SZYMANOWSKI
1882-1937
Violin Concerto cz. I Nicola Benedetti
Źródło Aretuzy
Agata Szymczewska / Marcin Sikorski
Stabat Mater
Radio Filharmonisch Orkest / Michał Dworzynski
Muzyka na początku XX wieku znalazła się w podobnej sytuacji co malarstwo. Wspólnym dla niemal wszystkich kompozytorów było poczucie, że istniejące formy wyczerpały się, że w ich ramach nie można już nic nowego powiedzieć, że potrzebne jest "nowe otwarcie". Rozpoczął się okres poszukiwań i eksperymentów, w których dość wcześnie zarysowało się kilka odrębnych postaw.
Pytanie zasadnicze brzmiało wobec tego: czy, wobec zużycia się dotychczasowych środków wyrazu, w ogóle możliwe jest jeszcze uprawianie muzyki w tradycyjnym znaczeniu tego słowa.
Tu zarysowały się dwie skrajne postawy motywowane względami wykraczającymi często poza problematykę artystyczną.
Jedna z nich zakładała, że tradycyjnie pojmowana muzyka należy do zamkniętej przeszłości, nowe czasy stawiają przed ludzkością i artystami nowe wyzwania, podstawowym zadaniem bieżącym jest rozbicie istniejących form a nawet zdefiniowanie na nowo pojęcia muzyki.
O dziwo, najwcześniejszymi eksperymentatorami nie byli czołowi przywódcy późniejszej awangardy, ale bardzo porządnie wyglądający urzędnik Charles Ives (pan w kapelusiku), który prowadząc za dnia firmę ubezpieczeniową nocami eksperymentował z atonalnością, wielotonalnością, dysonansami i asymetryczną rytmiką, oraz francuski Amerykanin Edgard Varese, który mimo pozostawionego niewielkiego dorobku twórczego uważany jest za bardzo wpływową postać ze względu właśnie na rewolucyjność eksperymentów brzmieniowych, które czynią go prekursorem muzyki elektronicznej. Zarówno Ives jak i Varese eksperymentowali w ramach tradycyjnie rozumianej muzyki.
O wiele dalej posunęli się futuryści, ponieważ z założenia w ogóle negowali jakąkolwiek tradycję, a do muzyki chcieli włączyć właściwie wszystkie dźwięki, z hałasem, szumem i szmerami włącznie. Francesco Balilla Pratella przyłączył się do grupy Marinettiego, w 1910 r. opublikował manifest muzyki futurystycznej, potem manifest techniczny oraz dzieło Zniszczenie kwadratury, w którym postulował likwidację zasad harmonii. W 1913 r. stworzył słynna operę L'aviatore Dro, w której wykorzystał generatory Russola.
11 marca 1913 r. Luigi Russolo (również malarz futurysta) napisał traktat Sztuka szumu (The Art of the Noises), tworzył wymyślne urządzenia zwane intonatorami szumów (intonarumori), na które komponował koncerty, a jednocześnie eksperymentował z dźwiękiem elektronicznym.
Ta grupa awangardystów funkcjonowała właściwie poza granicami normalnego (w ówczesnych kategoriach) życia muzycznego i tworzyli ją artyści pogranicza, których głównym historycznym zadaniem było łamanie konwencji dla samej zasady. Muzyka artystyczna rozwijała się swoim rytmem, ale - jak się miało wkrótce okazać - klasycy późniejszej awangardy budulec nowej muzyki czerpali garściami z dorobku takich właśnie "wariatów".
CHARLES IVES
1874-1954
Largo - 1901
Central Park in the Dark - 1906
Three Places In New England - 1910
EDGARD VARÈSE
1883-1965
Un Grand Sommeil Noir - 1906
Ameriques - 1921
Ionisation - 1931
FRANCESCO B. PRATELLA
1880-1955
L'aviatore Dro
LUIGI RUSSOLO
1885-1947
Macchina Tipografica
Futuryści zachłysnęli się nowoczesnością, maszyną, automobilem, awiacją, szybkimi lokomotywami, zgiełkiem współczesnej metropolii, przelewającą się ulicami anonimową masą ludzką. Tradycja była śmietnikiem, który należało po prostu oczyścić. Kompletna negacja tradycji i ciągłości w sztuce prowadziła do zakwestionowania dzieła sztuki jako takiego, a właściwie nadania statusu dzieła sztuki przedmiotowi codziennego użytku, co było już wstępem do zbliżającego się dadaizmu. Warto przy tym zwrócić uwagę na to, że twórcą i animatorem ruchu futurystycznego był Marinetti, który nie był wybitnym artystą w żadnej dziedzinie i jego orężem były manifesty a nie konkretne dzieła sztuki.
Eksperymenty futurystów i skrajnych awangardystów wynikały po części z naturalnej potrzeby negacji, po części zaś były po prostu zgrywą, podobnie jak ready-mades Duchampa, którym później dorobiono półgłęboką teorię, gdy okazało się, że zgrywa staje się świetnie sprzedającym się towarem a jednocześnie sprawnym narzędziem socjotechnicznym.
Zupełnie inna była sytuacja muzyków z krwi i kości poszukujących sensu własnej pracy i - przy całym nowatorstwie - zakorzenionych w muzycznej kulturze. Żaden z nich nie chciał likwidacji muzyki, a wszyscy szukali nowej jej formuły.
Oczywiście rozbijając podstawę tradycyjnej muzyki - system dur-moll - w jakimś sensie byli destruktorami, ale ich cel był inny. Zanim z licznej grupy kompozytorów eksperymentujących ukształtowało się kilka grup o wyraźnie odmiennej wizji nowej muzyki, celem wszystkich było badanie możliwości, jakie stwarza wyzwolenie się z tradycyjnie pojmowanej tonalności, harmonii i znanych technik kompozytorskich.
Jedna z tych grup szła drogą wytyczoną przez Debussy'ego, a jej sztandarową postacią miał się stać Igor Strawiński. Druga kontynuowała tradycję późnoromantycznej muzyki niemieckiej. miała wyraźne inklinacje ekspresjonistyczne, a jej czołową postacią był Arnold Schönberg.
Wystąpienie ekspresjonistów wyprzedziła twórczość Aleksandra Skriabina, mistyka, teozofa, proroka, muzycznego Prometeusza natchnionego misją zbawienia świata, ideą połączenia tańca, dźwięku, światła i zapachu w jedno dzieło sztuki nowego typu. Już w Sonacie fortepianowej nr 6 op. 62 z 1907 r. odchodził od tonalności, a jego programowym utworem była V Symfonia Prometeusz: Poemat ognia z 1909/10 r., w której, poszukując środka organizującego materiał dźwiękowy stosował tzw. mistyczny lub "prometejski" akord.
ALEXANDER SCRIABIN
1872-1915
Sonata No. 6, Op. 62 - 1907
Prometeusz Poemat Ognia - 1909/10
Skriabin należał do kompozytorów zainteresowanych wyrażaniem wewnętrznych konfliktów i dramatu ludzkiej egzystencji. Był to kontynuacja postawy późnych romantyków: Ferenca Liszta Symfonia Faustowska - 1854), Richarda Wagner (Tristan i Isolda - 1865), Richarda Straussa (Tako rzecze Zarathustra - 1896). Głównym przedstawicielem nurtu nowego ekspresjonizmu był Arnold Schönberg, ale jego SYmfonia Kameralna nr 1 z 1907 r. tkwi jeszcze głęboko w estetyce XIX wieku. DOpiero później kompozytor odchodzi od tonalności, a dziełem przełomowym jest kwartet smyczkowy nr 2 z 1908 r., w którym zanika związek między poszczególnymi dźwiękami a jakąkolwiek organizującą zasadą. Sam Schönberg nazywał taką metodę "emancypacją dysonansu". To właśnie dysonans i skrajny kontrast stały się symbolami ekspresjonistycznej muzyki i podstawowym środkiem wyrazu.
Pierwszą kompozycją całkowicie atonalną był Pierrot Lunaire z 1912 r. - muzyczna transpozycja poematu o losach tragicznego Pierrota, który dla Schonberga był ucieleśnieniem odizolowanego od społeczeństwa, awangardowego artysty. Kompozycja "organizowana" jest wokół krótkiego, siedmionutowego motywu przy braku jakiejkolwiek nadrzędnej zasady porządkującej. Bez tej "krępującej" zasady artysta dysponował wprawdzie absolutną wolnością, ale sama wolność nie jest warunkiem wystarczającym do tworzenia dzieła sztuki.
Pierwsze lata twórczości Schonberga, który był przy okazji malarzem, korespondował z Kandinskym i publikował teksty w Der Blaue Reiter upłynęły na poszukiwaniu własnej metody twórczej, ale również na tworzeniu określonego "środowiska twórczego". Już w 1904 r. założył "porozumienie twórczych artystów dźwięku" i zdobył dwóch najważniejszych uczniów Weberna i Berga. Po zakończeniu wojny założył w Wiedniu "towarzystwo prywatnych koncertów muzycznych", którego celem było promowanie twórczości uznanej przez Schonberga za istotną dla rozwoju muzyki (był w tej postawie rys łączący go i ze Skriabinem i z Kandinskym). W programie tych koncertów przewinęła się niemal cała ówczesna awangarda - Béla Bartók, Ferruccio Busoni, Claude Debussy, Gustav Mahler, Hans Pfitzner, Maurice Ravel, Max Reger, Alexander Skrjabin, Richard Strauss i Igor Strawinsky.
W tajemnicy nawet przed najbliższymi uczniami przez kilka lat tworzył Schönberg podstawy muzyki dodekafonicznej.
Schönberg sam twierdził, że komponowanie muzyki atonalnej jest zajęciem wyczerpującym, ponieważ kompozytor pozbawiony "zasady" musi komponować właściwie każdy dźwięk z osobna, a poza tym nie ma możliwości konstruowania dużych form. W ciągu kilku lat eksperymentów wypracował więc metodę nadającą twórczości pewien rygor.
W 1923 r. Schönberg przedstawił swoim uczniom, Antonowi Webernowi i Albanowi Bergowi zasady dodekafonii. Z tego również roku pochodzi pierwszy dodekafoniczny utwór - Serenada op. 24.
Zasada wydaje się teoretycznie bardzo prosta:
- materiałem podstawowym jest dwanaście równo oddalonych od siebie dźwięków oktawy,
- każdy dźwięk może być ponownie użyty dopiero po użyciu wszystkich dźwięków pozostałych,
- najpierw tworzy się dwunastodźwiękowy motyw podstawowy nazywany serią lub szeregiem,
- motyw ten może być następnie przekształcany na dwa sposoby: przez lustrzane odbicie w poziomie (czyli od końca do początku) i przez odwrócenie w pionie,
- uzyskane w ten sposób szeregi stosuje się w utworze zgodnie z kolejnością wynikającą z tzw. magicznego kwadratu.
Magiczny kwadrat jest to tabela zawierająca liczby uporządkowane w taki sposób, aby ich suma w rzędach, kolumnach i przekątnych byłą jednakowa (suma magiczna).
Magiczny kwadrat jest pojęciem znanym od wieków (a nawet tysiącleci), opiera się na nim sztuka feng-shui, według logiki magicznego kwadratu projektowano Pałac Cesarski w Pekinie, a najsłynniejszy przykład przedstawił Albrecht Durer w Melancholii a 1514 r., która była epitafium dla sztuki renesansowej i zapowiedzią manieryzmu.
Poza samą zasadą Schönberg opracował również dość skomplikowane "kalkulatory" i kartoteki ułatwiające proces twórczy. Wszystko brzmi dość tajemniczo i lekko pachnie czarną magią.
Zasada dwunastodźwiękowa stanowi rodzaj "maszynki do komponowania" jednak nie wyręcza kompozytora, ponieważ reguluje wyłącznie następstwo dźwięków w dalszych fazach komponowania. O charakterze muzyki decyduje artysta określając kolejność i intwerwały między dźwiękami serii podstawowej, a poza tym dysponuje on ogromną ilością środków nie regulowanych "kalkulatorem" - tempem, rytmem, dynamiką, instrumentacją, które zasadniczo wpływają na ostateczny wyraz dzieła.
Mimo to, nawet przy zastosowaniu wszystkich dostępnych środków, sposób generowania "linii melodycznej" (jeśli już użyć tak tradycyjnego terminu) powoduje, że utwory dodekafoniczne są łatwo rozpoznawalne. Specyficzny język dodekafonii rozpoznajemy tak, jak - nawet kompletnie nie znając języka węgierskiego - rozpoznajemy mówiących w tym języku Węgrów.
Schönberg był dziwną postacią - jego system dodekafoniczny o wybitnie spekulatywnym charakterze, specyficzne, symbolistyczne malarstwo, kontakty z mistykiem Kandinskym wskazują na to, że nie był mu obcy XIX-wieczny mit o przejęciu przez sztukę roli religii i zapewne nieprzypadkowo Thomas Mann w powieści Doktor Faustus wynalazek techniki kompozytorskiej Adriana Leverkuhna (wzorowanej właśnie na Schönbergowskiej dodekafonii) przypisał diabłu.
Jedynym kompozytorem, który przez krótki czas stosował rygorystycznie zasady dodekafonii był Webern (Kwartet smyczkowy), który zapewne dlatego mógł się przyczynić do rozwoju serializmu. Berg natomiast (twórca "bachowskiego" koncertu skrzypcowego i opery Wozzeck) stosował tę technikę w połączeniu z inspiracjami późnoromantycznymi, które nigdy zupełnie nie wygasły.
ARNOLD SCHOENBERG
1874-1951
Chamber Symphony No. 1 Op. 9 (1907)
String Quartet No. 2 (1908)
Oczekiwanie, Op.17, cz. I - 1909
Oczekiwanie, Op.17, cz. II - 1909
Pierrot Lunaire - 1912
Serenada op. 24 - 1923
ANTON WEBERN
1883-1945
Kwartet smyczkowy Op. 28
ALBAN BERG
1885-1935
Wozzeck - akt 1 scena 1
Wozzeck - akt 1 scena 3
Ekspresjoniści próbowali stworzyć całkowicie na własną rękę nowe środki wyrazu pozwalające na wyrażanie skrajnych emocji i udręk ludzkiej duszy, co wyraźnie stwierdził sam Schönberg.
Zupełnie inne źródło inspiracji odkryło mniej więcej w tym samym czasie dwóch kompozytorów Béla Bartók i Igor Strawiński. Względy pozamuzyczne sprawiły, że pozycję jednego z mistrzów awangardy zajął Strawiński, którego wielka kariera wiązała się z Paryżem i baletami Sergiusza Diagilewa.
W 1909 r. w Leningradzie odbyła się premiera Fajerwerków Igora Strawińskiego, na której zjawił się impresario baletów rosyjskich, Sergiusz Diagilew. Zaproponował młodemu kompozytorowi orkiestrację kilku utworów Chopina i zamówił nowy balet. W ten sposób powstał Ognisty Ptak, który okazał się wielkim sukcesem kasowym. W 1911 r. powstał kolejny balet Pietruszka - opowieść o miłości brzydkiej kukiełki Pietruszki do innej kukiełki, głupiej ale pięknej baleriny. Dzięki sile czarów Pietruszka był pół-lalką, pół-człowiekiem, a jego dwoistą naturę Strawiński zilustrował używając w utworze jednocześnie dwóch tonacji. I ten balet odniósł wielki sukces, a następne dzieło Strawińskiego napisane w 1913 r. Święto wiosny miało się okazać przełomem w muzyce i wzbudzić ogromne kontrowersje i w świecie muzycznym i wśród publiczności.
IGOR STRAVINSKY
1882-1971
Fajerwerki - 1909
Ognisty Ptak cz. II 1910
Pietruszka cz.I 1911
Trzy japońskie wiersze - 1913
Święto Wiosny - 1913
Trois Pieces - 1914
Ragtime - 1918
Hebanowy koncert
Od wczesnych lat zafascynowany folklorem, wybitny etnograf, kolekcjoner unikalnych nagrań i zapisów muzyki ludowej Węgier, Rumunii, Słowacji, Siedmiogóry i Bliskiego Wschodu Béla Bartók początkowo pozostawał pod wielkim wpływem Richarda Straussa, wkrótce jednak uznał egzaltację romantyczną za przesadną i odnalazł świeżość i autentyzm w muzyce ludowej.
BÉLA BARTÓK
1881-1945
Kwartet Smyczkowy No. 4 - Allegro
Pięć węgierskich tańców ludowych
Rumuńskie tańce ludowe 1910
Allegro Barbaro 1911
W odróżnieniu od ekspresjonistów (ekspresjonizm jest zwykle pesymistyczny i dekadencki), którzy eksponowali kontrast i dysonans, nurt reprezentowany m.in. przez Bartóka i Strawińskiego odkrył w folklorze (również egzotycznym) element, którego muzyka artystyczna bała się jak ognia - barbarzyński, niemal zwierzęcy, rytualny, orgiastyczny rytm. I to rytm właśnie zwrócił uwagę wielu kompozytorów na rodzący się jazz; trzeba przy tym pamiętać, że jazz sprzed I wojny światowej to nie muzyka Davisa i Coltrane'a, ale rodzący się z pierwotnego bluesa jazz nowoorleański. Awangardyści zazdrościli folklorowi autentyczności - żaden z twórców ludowych nie przeżywał rozterek twórczych, a ich muzyka była taka, jaka była, bo taka im wychodziła. I folklor nie bał się ani dysonansu (bo nie znał takiego pojęcia) ani rytmu, bo rytm stanowił istotę folkloru.
Warto jednak podkreślić, że inspiracja folklorem nie polegała na cytowaniu motywów ludowych w wypracowanym, istniejącym już języku muzyki artystycznej (jak robił to Chopin), ale właśnie na tworzeniu nowego języka tej muzyki z elementów muzyki ludowej, które do tej pory stanowiły o jakościowej różnicy między folklorem a sztuką wysoką.
Obrazoburcze utwory Strawińskiego, budzące popłoch doświadczenia z jazzem, czy skandalizujące estetycznie i obyczajowo kompozycje francuskiej grupy Les Sixs miały jedną cechę wspólną - ich twórcy myśleli o muzyce nie jako o narzędziu do wypełniania pozaartystycznej misji, ale jako o pięknym (w ich rozumieniu), estetycznym przeżyciu. Była to wspólna cecha bardzo różnorodnego formalnie nurtu, który nazywany jest neoklasycyzmem, i który uformował się ok. 1920 r., kiedy po kilku latach eksperymentów publiczność oswoiła się z językiem nowej muzyki, a awangardyści zdobywali renomę i powoli stawali się klasykami.
Neoklasycy odrzucali zarówno dekadenckie nastroje ekspresjonistów jak i piękny, ale nieco powierzchowny i ulizany świat nastrojów impresjonistycznych. Chcieli tworzyć muzykę tonalną (chociaż pojęcie to zmieniło już swoje znaczenie), witalną, jasną, prostą, klarowną i wolną od mrocznych, indywidualnych obsesji.
Jako wzór doskonałości uznali muzykę późnego baroku i wczesnego klasycyzmu, czyli środek XVIII w. Nie chodziło przy tym oczywiście o odwoływanie się bezpośrednie do minionej epoki, ale o postawę twórczą i sposób podejścia do sztuki.
Skłonność do formy klasycznej nigdy nie zamarła, jej ślady odnaleźć można w Menuecie antycznym Ravela z 1895 r., czy Symfonii klasycznej Prokofiewa z 1916/17 r. Również dla wielu eksperymentatorów, którzy zdążyli się "wyszumieć" i zgromadzić wiele nowatorskich doświadczeń odżyła potrzeba tworzenia form bardziej uporządkowanych i twórczej syntezy.
Sformułowanie takiej postawy w latach, gdy triumfy święcił dadaizm świadczyło o przełamaniu - przynajmniej w części środowisk artystycznych - trwającego od początku wieku kryzysu sztuki, chociaż oczywiście inaczej wyglądało to z punktu widzenia przedstawicieli awangardy abstrakcjonistycznej, najpierw podejmującej, a potem rozwijającej spekulatywne koncepcje Schonberga, nie mówiąc już o spadkobiercach futurystów. Zanim te właśnie tendencje zdominowały scenę muzyczną - a nastąpiło to po II wojnie światowej - nurt neoklasycyzmu przeżył kilkanaście wspaniałych lat.
Jako daty graniczne rozwoju neoklasycyzmu przyjmuje się - chociaż są to cezury bardzo umowne - rok 1920, kiedy Igor Strawiński napisał balet Pulcinella, oraz rok 1951, gdy powstała jego opera Żywot rozpustnika.
Serializm wywodzi się z techniki dodekafonicznej, która była jedną z pierwszych prób tworzenia muzyki "obiektywnej" i porządkowała następstwo dźwięków według matematycznej zasady. Rozwinięcie tej zasady na wszystkie aspekty utworu muzycznego (czas trwania dźwięku, dynamika, artykulacja itp.) i poddanie ich matematycznej dyscyplinie wszystkich był serializm, którego pierwszym dojrzałymi przykładami są utwory Oliviera Messiaena powstałe pod koniec lat 40-ych XX wieku. W serializmie nie chodziło jednak - przynajmniej tak twierdzili jego twórcy - o stworzenie powtarzalnego, nadającego się do kopiowania schematu, ale do "eliminacji błędów", jakie do kompozycji musi wprowadzić emocjonalna ingerencja artysty. Za takim błąd uważane było zarówno pojawienie się najmniejszych śladów tonalności a także np. regularnego rytmu. Można powiedzieć - trochę złośliwie - że w wyobrażeniu serialistów błędem było wszystko, co chociażby w najmniejszym stopniu kojarzyło się z tradycyjnie pojmowaną muzyką.
Wydaje się logiczne, że w tak wykoncypowanej muzyce elementem najmniej obliczalnym (a więc stwarzającym największe zagrożenie popełnienia "błędu") stawał się wykonawca posługujący się tradycyjnym instrumentarium i że znacznie bardziej niezawodnym rozwiązaniem wydawał się wykonawca elektroniczny.
Nowatorskie koncepcje Messiaena, ktory zresztą przez czterdzieści lat był organistą kościoła Św. Trójcy w Paryżu i twórcą wzruszającego dzieła kameralnego Kwartet na koniec dziejów (skomponowanego w obozie jenieckim na Śląsku) kontynuowali jego uczniowie - Pierre Boulez (przede wszystkim wybitny dyrygent), Karlheinz Stockhausen i Ianis Xenakis.
Rozwinięciem serializmu był punktualizm, kompozytorska metoda traktująca jako podstawę muzyki pojedyncze dźwięki (punkty) nie związane już żadną organizującą zasadą i dająca w efekcie całkowicie bezskojarzeniową materią dźwiękową. Niefachowcowi trudno jest odróżniać niuanse dzielące utwory serialistyczne od punktualistycznych, zresztą fachowcy też w wielu przypadkach toczą na ten temat akademickie dyskusje.
Nurt zdobył szeroką popularność i stał się wyznacznikiem "postępowości" w muzyce dzięki Międzynarodowym Letnim Kursom Nowej Muzyki, organizowanym wDarmstadt w latach 1946-1970. W ramach tych corocznych, krótkich (2 tygodnie) imprez spotykała się cała czołówka ówczesnej awangardy muzycznej oraz wielu teoretyków kształtujących poglądy intelektualnych elit powojennej Europy (np. Adorno). W tej nieco sekciarskiej atmosferze wielu młodym artystom narzucone zostało dość ortodoksyjne rozumienie awangardowości (sprowadzającej się do rozwijania koncepcji Bouleza), z którego najwcześniej wyzwolili się nie uczniowie kursów, ale ich nauczyciele. Chyba najciekawszym przykładem takiej ewolucji jest twórczość Luigiego Nono, skrajnego awangardysty i aktywnego komunisty, który już w końcu lat 50-tych zaczął odchodzić od rygorystycznych schematów serializmu. Wzruszająca jest szamotanina kompozytorów, którzy tkwiąc w sidłach "poprawnej" awangardowości próbowali odnaleźć swoje miejsce w tradycji wielkiej muzyki.
Inną metodę porządkowania dźwięków wypracował grecki kompozytor i architekt, współpracownik Le Corbusiera Iannis Xenakis, twórca tzw. muzyki stochastycznej. Stochastyka zajmuje się matematycznym opisem przypadkowych, uporządkowanych w czasie zdarzeń, a najprostszym przykładem procesu stochastycznego jest wielokrotnie powtarzana zabawa w "orła i reszkę". Zjawisko jest o tyle ciekawe, że łączy z jednej strony całkowitą nieprzewidywalność wyniku pojedynczej próby z regularnością wynikającą z praw statystyki.
Poszukiwania, które doprowadziły Xenakisa do sformułowania zasad muzyki stochastycznej były reakcją wielu kompozytorów na fakt, że muzyka tworzona w oparciu o rygorystyczne, matematyczne zasady traciła swój ludzki wymiar (w sensie filozoficznym), proces twórczy stawał się coraz mniej twórczy, a muzyka (w sensie praktycznym) stawała się nudna.
Według twórczy muzyki konkretnej, Pierre Schaeffera, różni się ona od muzyki tradycyjnej tym, że w początkiem dzieła muzyki tradycyjnej jest pewna abstrakcyjna idea ukształtowana w umyśle kompozytora, natomiast początkiem dzieła muzyki konkretnej jest materia istniejąca - dźwięk, szmer. Ta materia podlega eksperymentalnym przekształceniom i montażowi, w wyniku czego powstaje skończony utwór.
Takie podejście do muzyki ma bardzo poważne skutki natury technicznej. W muzyce tradycyjnej najpierw musi być zanotowany dźwięk, który następnie realizowany jest za pomocą instrumentu. W muzyce konkretnej najpierw musi zaistnieć dźwięk w postaci nadającej się do dalszej obróbki, czyli musi być zapisany jako taki (nagrany). Przekształcenia i montaż prowadzą do powstania konkretnego utworu, czyli konkretnego zestawu konkretnych dźwięków i takiego utworu nie można (ani nie ma potrzeby) zapisywać w języku abstrakcyjnych znaków (nut i partytur). Utwór taki można tylko odtworzyć.
Siłą rzeczy jest to metoda organicznie związana z elektroniką - generowaniem, przetwarzaniem i zapisywaniem dźwięku.
Oczywiście istnieje wiele metod realizacji muzyki konkretnej, nawet forma koncertowa, ale nie zmienia to samej zasady.
Pomijając kwestie natury czysto technicznej, związanej po prostu ze stanem techniki, rodowód muzyki konkretnej można wywieść z doświadczeń futurystów i Luigiego Rusollo. Z drugiej strony "zmechanizowanie" procesu twórczego czyni muzyką konkretną atrakcyjnym polem eksperymentów dla kompozytorów poszukujących matematycznej formuły nowej muzyki. Tym bardziej, że do pewnych działań właściwych muzyce eksperymentalnej (nużące, a twórczo raczej miałkie powtarzanie motywów) łatwiej zaangażować magnetofon niż wszechstronnie wykształconego instrumentalistę. Dlatego granica między muzyka konkretną a działaniami serialistów czy punktualistów bywa płynna.
Jeszcze inną metodą kompozytorską był aleatoryzm, którego wybitnym przedstawicielem stał się John Cage. Mimo pewnego pokrewieństwa z muzyką stochastyczną zasada aleatoryzmu jest z gruntu inna, ponieważ metoda stochastyczna wprowadzała element przypadku do procesu komponowania, natomiast aleatoryzm wprowadzał go do procesu wykonawczego. Kompozytor w gruncie rzeczy szkicuje ogólną strukturę utworu, natomiast wiele partii pozostawia do indywidualnej realizacji wykonawcy czyniąc go w jakimś stopniu współkompozytorem. Element przypadkowości może być realizowany właśnie przez szkicowość zapisu określonych partii utworu, przez wprowadzenie dowolności w kolejności realizacji poszczególnych części, a nawet w przypadkowym doborze instrumentów wykonujących dzieło.
Cage zafascynowany muzyką Sati'ego, przyjaciel Roberta Rauschenberga przeszedł wszystkie możliwe doświadczenia powojennej awangardy, dochodząc w 1952 r. do utworu 4:33 - trzyczęściowego dzieła wypełnionego kompletną ciszą. Największym osiągnięciem tej muzyki była fakt, że znalazła się liczna grupa idiotów, która wykonania dzieła wysłuchała. Oczywiście takiemu przedsięwzięciu nie można odmówić nawet pewnego dowcipu (a Cage'owi poczucia humoru), ale charakter zjawiska wykracza poza granice nawet bardzo szeroko pojmowanej muzyki.
Nie trzeba specjalnego wysiłku, aby dopatrzeć się związków między metodami kompozytorskimi powstałymi na początku lat 50-tych XX wieku, a ogólniejszymi zjawiskami zachodzącymi w sztuce nowoczesnej - abstrakcyjnym ekspresjonizmem, neodadaizmem i ruchem Fluxus.
Jeśli artyści mają w niebie własną kawiarnię, to nosi ona imię Marcela Duchampa, a John Cage ma w niej własny stolik.
Odmianą aleatoryzmu był stosowany przez Witolda Lutosławskiego na przełomie 50/60-tych lat XX wieku aleatoryzm kontrolowany, polegający na precyzyjnym zapisie warstwy dźwiękowej, ale pozostawieniu wykonawcom swobody w wyborze tempa i to zarówno w odniesieniu do całości utworu jak i partii poszczególnych instrumentów. Jednak Lutosławski był muzykiem serio i trudno doszukiwać się tu większych związków poza przypadkową zbieżnością nazewnictwa.
Reakcją na serializm i "umatematycznienie" muzyki stał się minimalizm, którego korzeni doszukiwano się i w muzyce azjatyckiej i w twórczości Sati'ego i w elementach free jazzu. W gruncie rzeczy minimalizm jest postmodernistyczną próbą powrotu do tonalności, nieskomplikowanej harmonii i poszukiwaniem muzyki nadającej się do słuchania uchem, a nie tylko do intelektualnej kontemplacji, jakiej szczytową kondensację osiągnięto w dziele Cage'a 4:33.
Klasykami minimalizmu są kompozytorzy amerykańscy - Steve Reich, Terry Riley i Philip Glass.
Sonoryzm jest w muzyce współczesnej kojarzony z polską szkołą. W skrajnej postaci utwór muzyczny nie ma melodii, rytmu i harmonii, ale tworzy go następstwo efektów dźwiękowych (uzyskiwanych z tradycyjnych instrumentów niekonwencjonalnymi technikami (walenie w pudło wiolonczeli, skrobanie po strunach fortepianowych itp.), które w zestawieniu budują - czasami bardzo sugestywną i ekspresyjną - atmosferę. O dziwo, technika kojarząca się raczej z beztroską zabawą dźwiękową stała się przydatna do tworzenia utworów o wielkim ładunku emocjonalnym i znacznym ciężarze gatunkowym, jak np. słynny Tren Krzysztofa Pendereckiego z 1960 r., który jest dziełem przekonywającym muzycznie nawet bez trochę zbyt spektakularnego tytułu.
Historia sonoryzmu jest przy okazji przykładem inteligencji polskich kompozytorów, którzy po nadrobieniu zaległości narosłych w latach powojennego zamknięcia ideologicznego, szybkim odrobieniu obowiązkowej lekcji awangardowości i pozbyciu się kompleksu euroazjatyckiego zaścianka zaproponowali własną, nieco wydumaną ale skuteczną metodę kompozytorską, co umożliwiło im zajęcie miejsca w czołówce światowej muzyki artystycznej. Trzeba pamiętać o tym, co produkował renomowany i dobrze opłacany zachodni przemysł kompozytorski na przełomie lat 50/60-tych XX wieku (patrz wyżej), żeby zrozumieć podziw, z jakim tamtejsze muzyczne środowiska przyjęły bardzo emocjonalne kompozycje kilku młodych wówczas muzyków zza żelaznej kurtyny.
KRZYSZTOF PENDERECKI
Anaklasis - 1959
Tren - Ofiarom Hiroszimy - 1960
I Kwartet smyczkowy - 1960
Sama metoda, jak każdy eksperyment, odkryła, wypróbowała i pozostawiła pewną ilość nowych środków wyrazu, ale jako zasada został dość szybko zarzucona - większość sonorystów powróciła na, wprawdzie dość trudny w dzisiejszych czasach do odnalezienia, ale ciągnący się od gregoriańskiego chorału szlak wielkiej muzyki. Na szlak ten powracali zresztą również zachodni minimaliści, którzy wprawdzie cieszyli się wcześniej uznaniem w wąskich kręgach specjalistów i snobów, ale którym brakowało autentycznego zachwytu publiczności. Takiego zachwytu, jaki budzą zagrywani do przesytu Bach, Mozart, Vivaldi czy Chopin.
Rezultatem jest nowe zjawisko, które trudno ocenić bez pewnej perspektywy czasowej, polegające na mnożeniu się kompozycji (a ich głównym zleceniodawcą jest film), które można zaliczyć do gatunku "oratorium dla ubogich". Chwyt polega na zastosowaniu gigantycznego, "wagnerowsko-straussowskiego" aparatu kompozytorskiego do opracowywania tematów formalnie i mentalnie skromnych. Powszechny zachwyt i ukontentowanie jakie budzą podobne kompozycje opiera się na podziwie, jaki w ludziach mylących ilość z jakością odruchowo budzi śpiewający pełną piersią 200-, 300-osobowy chór wsparty 100-osobową orkiestrą symfoniczną. Jeśli bowiem zaangażowano tak ogromny aparat, zapewne musi chodzić o prawdziwą rozmową z Panem Bogiem (na tej właśnie zasadzie dokonano wyboru wyrwanego z kontekstu hymnu unii europejskiej). Ale to już zupełnie inna historia.